Piekielny konkubinat

Piekielny konkubinat

W ciągu kilku dni od pojawienia się billboardów dotyczących konkubinatu powstało tyle tekstów, że mocno zastanawiałam się, czy aby na pewno chcę o tym napisać. Bo niby co – wszystko co się da już zostało powiedziane. Postanowiłam podsumować, to co w związku z kampanią się we mnie zrodziło. Postaram się przejść krok po kroku, definicja po definicji i ukazać moje podejście do całego tematu. Dla niektórych może być to długi tekst, ale tylko tak mogłam pokazać całość i logikę mojego rozumowania, nie pozostawiając (mam nadzieję) miejsca na niedopowiedzenia.

Konkubinat
Po pierwsze warto zastanowić się czym konkubinat jest. Polskie prawo na chwilę obecną nie definiuje dokładnie tego pojęcia. Ponoć orzecznictwo i praktyka prawa uważa konkubinat za nieformalny związek, wspólne pożycie analogiczne do małżeństwa lecz nie będące nim. Jest to tzw. życie na kocią łapę, wspólne mieszkanie, wychowywanie dzieci – wszystko bez skutków prawnych.

Grzech
Czym jest grzech? Na lekcjach religii uczą, że grzechem ciężkim jest świadome i dobrowolne przekroczenie prawa Bożego w rzeczy ważnej. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi:

KKK 1849 Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. (…) Został określony jako „słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu”.

Z kolei:

Prawo wieczne (lex aeterna) to zamysł Boga określający miejsce i cele poszczególnych rzeczy.*

Jak widać z definicji, aby zgrzeszyć trzeba przekroczyć prawo Boże, trzeba przeciwstawić się prawu wiecznemu, które jest zamysłem Boga. Czyli wypadałoby w Boga wierzyć, by uznawać istnienie grzechu.

Katolicy lubią trójkąty
Spotkałam się z dyskusjami na temat tego, czy kampania jest dobra, czy nie, ale w szeregach katolickich nie widziałam negacji faktu, że konkubinat grzechem jest. Chyba żaden katolik, a przynajmniej ten świadomy, nie podważałby tak podstawowych rzeczy, a to z prostej przyczyny – dla katolików małżeństwo jest SAKRAMENTEM ŚWIĘTYM i to co się dzieje w małżeństwie jest przeznaczone dla małżonków i Boga. To taki klasyczny katolski trójkącik. Zaślubieni w sakramencie dostają specjalnego kopa od Ducha Świętego, kapłan w imieniu Kościoła błogosławi nierozerwalny związek, umocniony od tej chwili „Mocą z Wysoka”. Z zewnątrz małżeństwo może wyglądać identycznie jak konkubinat, ale w sferze duchowej to coś co sprawia, że dwoje ludzi wchodzi w communio, staje się jednością. Mistyka.

Kto nie uznaje pojęcia grzechu? No nie da się ukryć, że jest to pojęcie stricte religijne. I owszem są osoby, które grzechu nie widzą – nie wierzą w Boga więc ich sumienie nie wyrzuca im przekroczenia Prawa Bożego. Ja np. nie wybieram się na pielgrzymkę do Mekki i nie uznaję tego za coś złego, bo nie uznaję Allaha za swojego Boga. Muzułmanin nie planujący takiej podróży miałby już coś na sumieniu. Analogicznie osoba nie będąca katolikiem raczej nie będzie się przejmować sakramentalnością swojego związku.

Kapka marketingu
Pochylmy się nad billboardem.. Każdy mniej lub bardziej ogarnięty twórca reklamy zdaje sobie sprawę z tego, że dany produkt, usługa, przekaz, dobro, które ma propagować jest skierowany do określonego grona klientów. Istotnym jest, aby określić grupę docelową (może ich być kilka) i do niej dobrać odpowiednie formy reklamowe. Inny przekaz buduje się chcąc promować kremy na zmarszczki dla 60-letnich pań, a inny zachęcając do kupna najnowszego modelu smartfona.

Target
Na billboardzie widnieje napis „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż”. Do kogo on może być skierowany? Skoro mówimy o pojęciu grzechu, to już wcześniej ustaliliśmy, że jest on znany środowiskom religijnym. Sądząc po cytacie z Pisma Świętego można odgadnąć, że chodzi o chrześcijan, a biorąc pod uwagę kwestię sakramentalności małżeństwa (bo nie dla wszystkich chrześcijan małżeństwo jest sakramentem), to domyślam się, że plakat skierowany jest do katolików. Jeśli zwróci się uwagę na to, że komunikat ma charakter pouczający, można wnioskować, że tekst ma dotrzeć do ludzi, którzy są katolikami, ale gdzieś się pogubili i jakimś cudem nie wiedzą, że sytuacja konkubinatu w której się znajdują jest grzechem.

Pominę moje przypuszczenia graniczące z pewnością, że ktoś kto żyje w konkubinacie, a jest katolikiem (przynajmniej z nazwy) z pewnością wie, że jest to grzech. Czy tego typu komunikat z wielkiego billboardu jest w stanie zmienić jego postępowanie? Skoro godziny katechezy, napomnienia rodziny, słuchanie (a może tylko słyszenie?) Słowa Bożego i kazań, a nawet nauka w konfesjonale nie zmieniły jego podejścia, to czy plakat w oskarżycielskim tonie na coś się zda? Śmiem wątpić. Aby przyjąć tą prawdę o grzechu ludzkim należy najpierw przyjąć coś innego, a nawet Kogoś innego. Już w samym kerygmacie (trudne słowo, to takie podstawowe prawdy życia duchowego chrześcijan) najpierw jest poznanie Jezusa, a dopiero później prawda o ludzkiej grzeszności. Skoro ktoś nie widzi grzechu w konkubinacie, to znaczy, że należy się cofnąć, przedstawić Jezusa i pomóc zrozumieć dlaczego konkubinat jest przekroczeniem Przykazań, dlaczego małżeństwo jest tą super opcją, którą proponuje nam Bóg.

Spece od pouczania
No dobra, ale przecież katole mają coś takiego jak uczynki miłosierdzia względem duszy i jak byk stoi „grzeszących upominać”! Wypomnijmy więc każdemu jego zło, zaplakatujmy całą Polskę! Wszystko fajnie, ale jest jeszcze kilka wskazówek podanych przez samego Jezusa:

15 Gdy brat twój zgrzeszy , idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. 16 Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa 17 Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!  Mt 18, 15-17

Dobór metody
Billboard w mojej opinii raczej nie jest braterskim upomnieniem w 4 oczy, nie jest też upomnieniem przy świadku… nie jest nawet doniesieniem Kościołowi! Jest jakąś paskudną pomyłką. Jest wykorzystaniem miejsca na ewangelizację na straszenie piekłem. I to mnie strasznie martwi. Nie chodzi o to, by teraz wszystkich konkubentów (uważających się za katolików) klepać po ramieniu i stwierdzić, że nic się nie stało. Bo się stało. Ale trzeba szukać dróg, aby doprowadzić ich do tego, by chcieli iść drogą świętości w małżeństwie. Znów odnosząc się do marketingu – w rozmowach z klientami nie używa się komunikatów negatywnych – budzi się ducha, sprzedaje pozytywy.

Kampanię oceniam więc jako pomylenie drogi, przynajmniej póki co – może twórcy chcą nas czymś zaskoczyć? Oby, bo jeżeli to koniec pomysłów, to ja nie wiem jak bronić celowości takich billboardów.

 

 

* źródło: R. TOKARCZYK, Filozofia prawa w retrospektywie prawa natury. Białystok 1996 s. 79, za: D. DRAPIEWSKI, Prawo naturalne w ujęciu św. Tomasza z Akwinu.

  • Jan Buczyński

    Mnie się to trochę kojarzy – chociaż materia jest inna – z akcjami prolife’owymi przeciw aborcji, na których też „prostu z mostu” pokazuje się, czym jest aborcja. Problem jest podobny: nie sposób zaprzeczyć, że treść jest nieprawdziwa, tylko że… no właśnie, pozostaje pytanie, jaki to odniesie skutek – w takiej formie. I w jednym i w drugim przypadku prawdą jest też, że dobrze, że „o tym się teraz mówi”. Tylko za jaką cenę, warto by spytać. SH ciekawie to podsumował: http://szymonholownia.com/ewangelizacja-metoda-psa-pajaka/

    • http://www.annadk.pl/ Anna Dowejko-Kuklińska

      Zdecydowanie dobrze, że dyskusja jest :) Bardzo podoba mi się Twoje zdanie wyrażone na FB pod rozmową, które myślę, że nadawałoby się na podsumowanie całej sytuacji „Wniosek:
      wracamy ciągle do punktu wyjścia, czyli kiepskiego pomysłu. Dziś trzeba
      takie rzeczy odpowiednio sprzedać, podać w atrakcyjnej formie – zwał
      jak zwał. Oczywiście tak, żeby nie utracić nic z jednoznacznej doktryny,
      bo z tym też różnie bywa”. Dzięki! :)

  • http://www.miejsce-akcji.pl/ Iwona blogerka

    Jest taki tekst w Biblii:
    „A słabego w wierze przyjmujcie, nie wdając się w ocenę jego poglądów.
    Jeden wierzy, że może jeść wszystko, słaby zaś jarzynę jada.
    Niechże ten, kto je, nie pogardza tym, który nie je, a kto nie je, niech nie osądza tego, który je; albowiem Bóg go przyjął.
    Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go.
    Jeden robi różnicę między dniem a dniem, drugi zaś każdy dzień ocenia jednakowo; niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu. „(Rzymian 14,1-3, Biblia Warszawska)

    I ja bardzo ten tekst lubię, z tym, że trzeba do niego być wolnym. A żeby być wolnym, dobrze jest, gdy Bóg (tak, tak, ten sam w imię którego tłumaczy się każdą niegodziwość) nas uwalnia. Wystarczy, że uwolni człowieka raz- DO miłości. W roku 2015 może i banalnie to brzmi, ale załatwia wszystko; człowiek w końcu może zająć się czymś naprawdę pozytywnym, kreować świat wokół siebie ALE nie ogniem i mieczem.Tylko miłością. Miłość zamyka oczy ludzkiemu ,ograniczonemu postrzeganiu i otwiera na świat taki, jakim widzi go Bóg.

    W skrócie telegraficznym: osobiście nie znam chrześcijan, którzy mają osobistą relację z Bogiem i zajmują się straszeniem ludzi piekłem, z powodu przekroczenia ich ludzkich przepisów.