O mnie

Urodziłam się w Roku Pańskim 1986.

Biznes

Pierwszy biznes kręcił się na początku mojej szkoły podstawowej. Jako kilkuletnia dziewczynka miałam świadomość, że potrzebuję dochodu innego niż ten z „kieszonkowego”. Pewnego razu zaproponowałam moim rodzicom usługi porządkowe – przygotowałam cennik i tabelę wykonywanej pracy. Wszystko szło świetnie dopóki moi klienci nie poddali w wątpliwość potrzeby odkurzania, czy chociażby składania i rozkładania łóżka kilka razy dziennie. Powiedzieli, że będę musiała zamknąć moją działalność w tej dziedzinie… bo ich puszczę z torbami. Tego nie chciałam! Zrobić z rodziców bankrutów – to nie leżało w mojej naturze.

Nie trzeba było długo czekać na to, aż odkryłam, że mama kupuje „Mazowszankę” w szklanej butelce za którą to butelkę w osiedlowym sklepie „As” można dostać zwrotną kaucję. To było to! Wkrótce też okazało się, że na tacie i starszych braciach również można zrobić podobny interes, bo zostawiają butelki po chmielowym trunku. Tak więc przedsiębiorczość powoli się rozwijała, raz przy butelkach, drugi przy myciu samochodu na działce – zarabiałam na moje drobne wydatki.

To były jednak grosze. Eldorado zaczęło się kiedy odkryłam możliwość pośredniczenia w sprzedaży pamiątkowych monet. Kolega poprosił mnie o przysługę – miałam się zapytać znajomych kto byłby zainteresowany takimi z Janem Pawłem II. Okazało się, że jest trochę tych osób. Zaraz pojawiła się myśl, że pośrednicy przecież nakładają marżę na rozprowadzane przez siebie produkty. I tak się stało. To były pierwsze kroki w przygodzie zwanej przedsiębiorczością…

Mroki rozrzutności – lepiej oszczędzać

Jestem doskonałym przykładem na to, że najlepiej jest nauczyć dziecko oszczędzania pozwalając mu się doszczętnie spłukać.

W wieku bodaj 10 lat pojechałam na mój pierwszy obóz harcerski. Mimo, iż w domu pieniądze się nie przelewały, to mamie zależało żeby mi niczego w środku lasu nie brakowało więc poza podstawowym ekwipunkiem obozowym wyposażyła mnie w pokaźne (jak dla mnie i jak na możliwości moich rodziców) kieszonkowe. (Nie wiedziałam czemu tak przeżywała ten wyjazd, przecież miesiąc w dziczy jest super!) Mama zrobiła coś za co jestem jej szalenie wdzięczna – nie dała pieniędzy druhnie drużynowej, tak jak robiły to inne mamy, by druhna wydzielała potem po kilka-kilkanaście złotych,  ale schowała całą kwotę do mojego plecaka.

Ciężko jest wydać dziecku ok 200 zł jak siedzi w lesie przez 25 dni, a w sklepie bywa średnio raz w tygodniu. Jednak ja tego dokonałam. Po zostaniu oficjalnym bankrutem, zdołałam tylko zadzwonić do domu (a wtedy nie było komórek, tylko stało się w dłuuugiej kolejce do telefonu na kartę, w budce) i w ostatnich impulsach powiadomić, że już się nie odezwę, bo nie mam pieniędzy i impulsów telefonicznych.

Strasznie nie było, rodzice przesłali mi po tej wiadomości drobną kwotę przelewem pocztowym. Jednak zanim zostałam wezwana do druha komendanta po odbiór pieniędzy, żyłam w przeświadczeniu, że coś poszło nie tak w zarządzaniu kieszonkowym. Postanowiłam, że to się nigdy nie powtórzy!

Na kolejnych obozach przyjęłam zupełnie odmienną strategię. Moje wyprawy były wielkim wydarzeniem, „na drobne wydatki obozowe” pieniądze dostawałam od rodziców, braci, babci, chrzestnego – od każdego kilka złotych i w sumie zbierała się porządna kwota. Jednak wydawałam średnio 10-25% pieniędzy, które zabierałam na wyjazd – reszta lądowała w mojej różowej skarbonce, czekając na poważne inwestycje.

Gdybym na pierwszym obozie miała wydzielane pieniądze przez druhnę, to nie doznałabym smaku bankructwa i nie zapragnęłabym nigdy więcej do tego nie dopuścić.

Marketing

Początki marketingu w moim życiu nie wiązały się ze wspomnianymi „małymi biznesami”. Marketing zaczął się w harcerstwie i oazie.

Drużynową zuchową zostałam bardzo wcześnie, mając 15 lat. Raczej nie dlatego, że się do tego świetnie nadawałam, ale „ktoś musiał się tym zająć”. Akcje marketingowe polegały na tym, że miałam „wejście” do szkoły i trzeba było „coś zrobić”, by zachęcić uczniów owej szkoły do zostania zuchami, czyli przeprowadzić tzw. nabór do drużyny. Już wtedy stosowałyśmy z moją przyboczną zasady grywalizacji (opisane najszerzej na naszym PL gruncie przez Pawła Tkaczyka). Rysowałam plakaty, projektowałam ulotki, przebierałam się za tajemnicze postacie z legend, tworzyłam fabuły gier, a to wszystko po to, by przyciągnąć jak najwięcej uczestników.

Kiedy patrzę na to dziś, to lekki uśmieszek pojawia się na myśl o tamtych „dziełach”, jednak zawsze musi być ten pierwszy raz. :)

Dziś, czyli biznes, marketing i fotografia…

Tuż przed ślubem padł pomysł: „kupujemy mieszkanie, bierzemy kredyt”. Z jednej strony nałożyliśmy sobie kajdany na ręce, bo miesiąc w miesiąc ciąży na nas przykry obowiązek spłaty tego zobowiązania, jednak ta deklaracja wyzwoliła w nas masę kreatywności i przedsiębiorczości. Wiedzieliśmy, że z męża zarobków nie przeżyjemy, a ja kończyłam pisać pracę magisterską i problemem było znalezienie pracy. Podjeliśmy decyzję – zaczniemy zarabiać na tym co dotychczas było naszym hobby – na fotografii! I tak się stało. Dwa miesiące po ślubie Łukasz rozszerzył działalność gospodarczą i mogliśmy rozpocząć budowanie naszej firmy. Nagle musiałam nauczyć się robić zdjęcia lepsze niż tylko „dobre”, promować firmę, profesjonalnie projektować plakaty, tworzyć prezentacje ślubne, konstruować oferty i umowy, zabiegać o tysiące pozwoleń (np. akredytacje prasowe przy większych eventach, które fotografowaliśmy) i zajmować się księgowością, przynajmniej w podstawowym zakresie.

Od tamtego czasu ciągle uczę się przedsiębiorczości idąc za radami takich osób jak: Robert Kiyosaki, Kamil Cebulski, Jan Fijor, Paweł Tkaczyk, Brian Tracy… ale najlepszym  dla mnie coach’em, motywatorem jest mój mąż – Łukasz (matko! jak to badziewnie i zarazem górnolotnie brzmi!!!). Nieustannie kształcę się w dziedzinie marketingu, zarządzania finansami, doskonalę swoje umiejętności fotograficzne. Byłoby to jednak czcze gadanie, gdyby nie fakt, że mam w planach dalszy rozwój. Niektóre moje inicjatywy okazywały się fiaskiem, a niektóre funkcjonują do dziś. Przeczytałam kiedyś zdanie: „kto się nie rozwija, ten się zwija”, stąd też pomysł dzielenia się zdobytym doświadczeniem za pomocą bloga – wierzę, że wzajemna wymiana doświadczeń buduje i w pozytywny sposób wpłynie na moje przedsiębiorcze działania.

Jestem zatem osobą zwyczajną, która przeciera drogę biznesową, drogę małej firmy, nie mam w tym kierunku wielkiego wykształcenia, moja wiedza bierze się z obcowania z ludźmi, którym już się udało oraz z własnych doświadczeń.